PIT - Polska Izba Turystyki

 Aktualności

Newsletter


prosimy wpisać adres e-mail

 
Polska Izba Turystyki
Biuro Wykonawcze
Marszałkowska 9/15 lok. 29
00-626 Warszawa
tel. 22 826 55 36
fax. 22 826 55 36

 Oddział Wielkopolski

» Start » Aktualności » Aktualności z oddziałów » Oddział Wielkopolski

Wielkopolska In Sachsen
22.06.2011

„Wielkopolska In Sachsen”? A co to właściwie znaczy? Że „In Sachsen” to wiadomo - w Saksonii, ale „Wielkopolska”? Kolejni mieszkańcy Drezna nie mogą wyjść ze zdumienia patrząc na czerwone koszulki z białym hasłem, w których poruszają się uczestnicy studytour zorganizowanego przez Wielkopolski Oddział PIT. – To jakaś akcja? – pytają.
 

Celem tej trzydniowej „akcji” było poznanie Saksonii –ziemi, z którą łączyły nas lata wspólnej historii. Była to więc trochę taka podróż w przeszłość, a z drugiej strony wyprawa po odpowiedź na konkretne i współczesne pytanie: dlaczego każdy Polak choć raz w życiu powinien udać się w te strony? 

- Myślę, że zbyt mało osób z Poznania jeździ do Drezna i jeszcze mniej Drezdeńczyków odwiedza Poznań – mówi pilot Aleksander Stec. - Miałem okazję dowiedzieć się o tym, rozmawiając z przedstawicielami tutejszych organizacji turystycznych i tłumacząc im, co oznacza wyraz „Wielkopolska”, który mamy na koszulkach. Wszyscy słyszeli - choćby o Poznaniu - ale nie mogli skojarzyć go z konkretnym miejscem.
 
Program był napięty na tyle, by nie dało się pospać przesadnie długo i na tyle luźny zarazem, by móc spokojnie napić się kawy z miśnieńskiej porcelany, czy biesiadować przez kilka godzin przy wieczerzy, gdzieś w piwnicach Starego Miasta, gdzie pieczeń na kwaśno rozpływała się w ustach jak ciepły mus. Od pierwszych chwil pilot sypał ciekawostkami jak z rękawa, mając wciąż w zanadrzu jeszcze kilka asów na później. Cały czas pokazywał jak wiele łączy nasze kraje. 



- Jest między nami wiele analogii. Mamy np. Pałac Brühlowski w Warszawie i dom Kraszewskiego w Dreźnie. Ale te przykłady można mnożyć. Ta kultura i historia przeplata się ze sobą - podkreśla. - To nasza wspólna europejska historia.
 
Impreza była dobrze zorganizowana, co podobało się uczestnikom przybyłym z różnych stron Polski. Grupa była wytrwała i od pierwszych chwil żądna łyknięcia kultury w słusznej dawce. 

Na pierwszy rzut oka ten stale rozwijający się wschodni land Niemiec przyciąga pięknem krajobrazów. Saksonia jest jak obraz malowany na płótnie; jak arcydzieło, które przeżywa się każdym nerwem, każdego dnia. Łaba jak wstążka przecina zielony obrus wzniesień, w jej lustrze przeglądają się letnie rezydencje i XIX-wieczne pałacyki. Miasta pełne są świadectw historii i dóbr kultury. Kuchnia będąca mieszanką smaków czeskich i niemieckich pieści podniebienie delikatnością i wyraźnym aromatem. To wszystko przyciąga jak magnez, mimo szeregu stereotypów nagromadzonych przez lata. 


- Przez wiele lat mieliśmy względem siebie uprzedzenia; czas, aby się ich wyzbyć. Musimy się jednak odwiedzać i poznawać, by móc wyrobić o sobie zdanie na nowo. 

Część z tych uprzedzeń wzięło swój początek w czasach późnej komuny, gdy Polacy szturmowali tutejsze sklepy w poszukiwaniu towarów, których u nas zwyczajnie brakowało. We wczesnych latach 80-tych „czekolada z okienkiem” czy pomarańcze z Baltony były prawdziwym rarytasem, po który na zachód jeździły tłumy rodaków. Władze NRD-owskie propagowały hasła, że złe warunki na terenie landu – wynikające zresztą z nieudolności ówczesnego ustroju - są winą właśnie Polaków, których traktowano jak plagę szarańczy. To się jednak zmienia i dziś w oczach wielu Niemców jesteśmy dobrze rozwijającym się sąsiadem; godnym partnerem w Unii Europejskiej.
- Cały czas pracujemy nad tym, żeby zbliżać Polaków do Niemców i odwrotnie – mówi organizator wyjazdu Karolina Weiss. – Sądzę, że na tej wycieczce udowodniliśmy, że to zbliżenie jest coraz lepsze. Byliśmy świetnie obsługiwani, sympatię Saksończyków dało się odczuć na każdym kroku. Próbowano nawet mówić do nas w języku polskim. Dlatego jeśli chodzi o kontakty polsko-niemieckie moje wrażenia są bardzo pozytywne – podsumowuje prezes Wielkopolskiego PIT.
 
Spacer po Dreźnie
 

Pięćsettysięczne miasto, do którego zmierzamy, było niegdyś niewielką osadą, gdzie garstka Serbołużyczan zajmowała się połowem ryb. Ówczesna nazwa Drażdany pochodzi właśnie od ludzi zamieszkujących podmokłe i bagniste tereny. Dziś nad miastem górują dwie stumetrowe wieże: Ratuszowa i Zamku Rezydencjonalnego Książąt Elektorów Saksońskich. Miasto jawi się jako mieszanka pełnej przepychu barokowej świetności i unowocześnionego budownictwa z wielkiej płyty. Koktajl „podrasowanych” betonowych bloków, XIX- wiecznych kamienic i budowli podkreślających potęgę Augusta II Mocnego, władcy Saksonii i elekcyjnego króla Polski, który rządził nami przez 36 lat. Pamiątki po władcy, który dla Polski nie uczynił zbyt wiele, choć szlachta popuszczając pasa wynosiła go na ołtarze, są obecne na każdym kroku.

 
Wkraczamy do miasta od strony dzielnicy Hellerberger, gdzie znajduje się pierwsza w Niemczech szkoła techniczna. Wynalazki tutejszych naukowców świadczą o ich wszechstronności. Powstał tu m.in. pierwszy niemiecki parowóz. Ale też filtry do kawy, za co każdy szanujący się obywatel rozpoczynający dzień pracy przed świtem jest im dozgonnie wdzięczny. Co ciekawe, ich dziełem są również charakterystyczne podstawki pod kufel, z których kilkakrotnie podczas tej podróży skorzystamy.
 
W dzielnicy Neustadt, gdzie do dziś zachowała się XIX – wieczna zabudowa, której nie udało się dosięgnąć alianckim bombowcom znajduje się budynek, w którym mieszkał Józef Ignacy Kraszewski. Obecnie przy ulicy Nordstrasse 28 mieści się muzeum twórcy, który za swego życia kładł szczególny nacisk na rozwój stosunków polsko-saskich. Kraszewski stworzył wiele dzieł poświęconych okresowi władzy Augusta Mocnego. Powieści polskiego pisarza "Hrabina Cosel", "Brühl", "Z siedmioletniej wojny" określa się mianem trylogii saskiej, która ma szczególne znaczenie dla niemieckiej fundacji DEFA, wspierającej niemiecką kulturę.


 
Kawałek dalej pobłyskuje w słońcu pomnik Złotego Jeźdźca. Ów podrywa konia do symbolicznego skoku na wschód…w stronę Polski. Tym jeźdźcem jest saksoński dobroczyńca August II Mocny. Mijając pomnik z prawej strony widzimy go od tyłu na tle blokowiska. Zupełnie jakby chciał je przeskoczyć, albo przeciwnie, jakby zbudowano je, żeby już nigdzie nie skoczył. Za pomnikiem skręcamy w prawo i przekraczamy Łabę mostem Augustusbrücke (również od im. króla).
 
- Drezno stale się zmienia i mogą nie poznać go ci, którzy byli tu choćby 15 lat temu – mówi Aleksander Stec, zachęcając wszystkich do wieczornego spaceru po mieście. Z okien hotelu Europa widać jak po drugiej stronie ulicy powstaje nowy peron kolejki miejskiej, kawałek dalej znajdują się dwa wieżowce z wielkiej płyty. Dumne pomniki socjalizmu, które kojarzą się z typowymi blokami któregoś z poznańskich osiedli.
 
Droga do centrum wiedzie przez najstarszy publiczny park miasta, który jeszcze w XIX wieku był dziką łąką. Do dziś stoi tu kilka wiekowych, rozłożystych platanów. Jedna z alejek prowadzi na stadion piłkarski, który w tym roku będzie gospodarzem Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Kobiet, do których Niemcy przywiązują dużą wagę. Co złośliwsi mówią nawet, że ich żeńska drużyna pokonałaby naszą męską.

 
Po drugiej stronie ulicy znajduje się Grosser Garten – potężne zielone płuca Drezna. Dwieście hektarów zadbanej roślinności to dla porównania mniej więcej dwie poznańskie Cytadele lub trzykrotność warszawskich Łazienek. Idealne miejsce na niedzielną sielankę. Wymarzona ucieczka od wielkomiejskiego zgiełku, relaks nad wodą po wyczerpującym tygodniu pogoni za białym królikiem.
 
Blisko 500 metrów surowego, masywnego muru otacza Drezdeński Ratusz, który widać z obrzeży parku. Na jego szczycie znajduje się pozłacana statuetka miejskiego urzędnika. Symbol, który jako jeden z nielicznych w tej części miasta nie uległ zniszczeniu, podczas tragicznej zimowej nocy 1945 roku. Przed budynkiem stoi pomnik kobiety w stroju roboczym z kilofem w ręku. Przypomina trochę komunistyczną przodownicę pracy, lecz nią nie jest. To jedna z wielu kobiet, które odgruzowywały miasto, kilka dni po tym jak zostały z niego sterty cegieł i resztki kominów.


 
To była masakra, jakiej to miasto wcześniej nie znało. To miał być odwet za atak na Londyn, Rotterdam, Warszawę. Za wojnę. W nocy 13 lutego 1945 niebo nad Dreznem zakryło dwieście pięćdziesiąt angielskich bombowców, niszcząc miasto „ulica po ulicy”. Płonące budynki były w nocy lepiej widoczne i oświetlały to, co przetrwało. Dlatego kilka godzin później przyleciało tu jeszcze pięćset angielskich samolotów. Następnego dnia zjawili się Amerykanie. Byli bardziej odważni – bombardowali za dnia. Nie przeszkadzał im mglisty poranek; zrzucali bomby gdzie popadnie, głównie na centrum miasta. Od ratusza do słynnego dworca z przeszkloną kopułą prowadzi ul. Praska, będąca obecnie nowoczesnym deptakiem handlowym. Te dwa punkty na mapie dzieli odległość jednego kilometra. Na tym odcinku po nalotach zwanych dywanowymi zachował się tylko jeden budynek – późniejszy hotel. W ciągu kilkudziesięciu godzin zginęło ok. 25 tysięcy osób, głównie cywili. „Kto wiatr sieje, ten burzę zbiera” – mawiał marszałek Arthur Harris, propagator nalotów dywanowych i głównodowodzący sił powietrznych Wielkiej Brytanii, którego pomnik w Londynie odsłoniła na początku lat 90-tych Królowa Elżbieta II.
 
Centralnym punktem 800-letniego Drezna jest Rynek Staromiejski, który powojenne władze komunistyczne odbudowały nie tyle w oparciu o historyczny wygląd, co w nawiązaniu do drezdeńskiego baroku z czasów Augusta II Mocnego. Wschodnia i zachodnia pierzeja górują nieco nad znajdującymi się prostopadle do nich: gmachu Banku Drezdeńskiego i budynku dzisiejszej filharmonii, będącego wcześniej NRD-owskim Pałacem Kultury. Odbudowany w latach 50-tych rynek jest przez swój charakter dziełem docenianym przez historyków sztuki.
W promieniu kilkuset metrów znajduje się kilka najważniejszych miejsc w Dreźnie. Widać stąd barokowy kościół Świętego Krzyża z XVIII wieku, który jak większość cennych zabytków odbudowano po wojnie. Następnie Zamek Rezydencjonalny Książąt Elektorów Saksońskich ze słynną ścianą, ciągnącą się wzdłuż Augustusstrasse, gdzie widnieje 102- metrowy Orszak Książęcy, przedstawiający książąt elekcyjnych, hrabiów, królów z dynastii Wetynów i posiadający najstarszy zachowany dziedziniec stajenny.

 
Zaraz za nim przepiękny barokowy kompleks Zwinger, będący przykładem zamiłowania Augusta II do przepychu i luksusu. Pałac składa się z pawilonów, arkad i galerii, a najpiękniejszym jego elementem jest słynna brama Kronentor. Wchodzimy od strony Glockenspielpavillon z zegarem o dzwonkach z miśnieńskiej porcelany, które rozbrzmiewają co 15 minut. Potężny plac służył rycerskim turniejom i dworskim paradom. W pawilonie Semperbau, znajdującym się od strony Placu Teatralnego mieści się Galeria Starych Mistrzów, której ściany wypełniają obrazy zakupione głównie przez Augusta III we Włoszech. Dzięki zgromadzonym tam dziełom z różnych epok drezdeńska galeria w Zwingerze zalicza się do najbardziej znaczących zbiorów dzieł sztuki na świecie. Klucząc po kolejnych pomieszczeniach galerii - wyposażeni w elektronicznego przewodnika - oglądamy m.in. oryginał „Madonny Sykstyńskiej” Rafaela. Duże wrażenie robią także obrazy Tycjana, Rembrandta, Rubensa, czy Canaletto.

Stąd droga prowadzi na Plac Teatralny, z którego widać katolicki kościół Hofkirche, szczycący się posiadaniem organów wykonanych przez Silbermanna oraz wielu bezcennych dóbr kultury z XVIII wieku, które przetrwały bombardowanie. W krypcie znajduje się również serce Augusta II, który de facto spoczywa na Wawelu. 


Z placu wyrasta zbudowana w stylu renesansowym opera Sempera, którą chronią rzeźby Szekspira, Sofoklesa, Moliera, Eurypidesa, Goethego i Schillera. Budynek zaliczany jest do najpiękniejszych gmachów operowych świata. W sobotę część z nas udaje się tam na premierowy spektakl Claudio Monteverdiego pt. „Koronacja Poppei”.
Serpentyna schodów prowadzi nas na samą górę operowej budowli. Wspinaczka zdaje się nie mieć końca. Wreszcie „Rank 4”, wchodzimy na balkon tuż pod sufitem, z którego dumnie zwisa rozłożysty, ozdobny żyrandol. Przewieszona przez barierki publiczność rejestruje każdy szczegół, wpatrując się w scenę, pod którą wciąż dostrajają się muzycy. Spoglądam w dół jakby w przepaść ze stromego klifu. Po chwili gasną światła. Kurtyna idzie w górę. Coś zaczyna się dziać.
Monteverdi skomponował sztukę w 1642 roku. Miał wtedy 75 lat. Manuskrypt dzieła uznawanego przez koneserów za największe w życiu artysty przetrwał do dzisiaj. Reżyser uwspółcześnił fabułę osadzając opowieść w czasach obecnych. Nowoczesna scenografia przypomina willę na obracanej platformie, która odsłania kolejne zakamarki w następujących po sobie wątkach. W części muzycznej pojawiają się motywy flamenco i aranżacje arabskie; co ciekawe sam dyrygent w pewnym momencie zmienia batutę na gitarę. Opowiedziana jest tu historia miłości rzymskiego cesarza Nerona do Poppei. Libretto najeżone jest intrygami wokół ognistych romansów, zdrad, niedomówień, pokręconych sytuacji rodem z „tasiemcowych” seriali. Ponad trzygodzinny spektakl w języku włoskim wieńczy powtarzający się kilkakrotnie grad braw.

 



Nie można przyjechać do Drezna nie odwiedzając tutejszej perełki, jaką niewątpliwie jest ewangelicki Kościół Mariacki. Siedzimy na balkonie mniej więcej w połowie budowli naprzeciw patrzącego na wschód ołtarza, wzniesionego tak, by symbolicznie znajdował się jak najbliżej Izraela. Niemiecka przewodnik opowiada o alianckich bombach i wielkim pożarze w roku 45-tym, który zrównał kościół z ziemią. Następnie trwał on przez wiele lat jako ruina – swoisty pomnik, który w zamyśle władz NRD miał przypominać o wojennej tragedii i być niejako kagańcem wobec ewentualnych przyszłych tego typu zdarzeń. Kościół jest prawdziwą dumą Drezna, odbudowaną ostatecznie sześć lat temu z prywatnych funduszy, tzw. Inicjatywy oddolnej. Jeśli jakiś Niemiec przybywa do miasta w celach turystycznych to głównie, by napawać się widokiem Frauenkirche. Potężna kopuła ma około 20-30 metrów średnicy i nazywana jest przez mieszkańców „kamiennym dzwonem”. Pokrywają ją malowidła przedstawiające czterech ewangelistów oraz cnoty chrześcijańskie. Gdy opuszczamy mury kościoła, po stronie ołtarza trwają przygotowania do wieczornego koncertu filharmonii.
 
Drezdeńskie zabytki i ich przeszłe losy robią duże wrażenie. Świadomość tego, że znakomita większość z nich nie pochodzi z czasów, które reprezentuje, a jest ich późniejszą repliką sprawia, że czuję się jak na potężnej makiecie. Poruszając się ulicami starego miasta, oglądając poczerniałe mury, renesansowe wieże, barokowe kopuły, burżuazyjne kamienice, czy elementy sztukateryjne pełne przepychu i bogactwa podziwiam niejako piękno modelu, który po rekonstrukcji - w oparciu o dawne plany - oddano do użytku w skali 1:1. Te mury nie pamiętają przechadzającego się po dziedzińcach Augusta Mocnego, choć większość z nich jest świadectwem jego potęgi.
 
Wieczór spędzamy w piwnicznej restauracji na Starym Rynku. Towarzystwa dotrzymuje nam księżna Lubomirska w wieczorowej sukni, która lubi opowiadać o dworskich skandalach i miłostkach Augusta II. Obrusza się jednak, gdy nieopatrznie ktoś wspomina nazwisko hrabiny Cosel, ówczesnej kochanki władcy. Wyśmienita pieczeń na kwaśno w stylu saksońskim rozpływa się w ustach, a idealnie nalane piwo w masywnym kuflu dopełnia sielskiej biesiady, która trwa przez kilka wieczornych godzin.

 
- Wyczuwa się tu wyjątkową wspólnotę kulturową – mówi Stec. - Wielkopolska i Poznań są szczególną częścią Polski. Można powiedzieć, że w pewnym sensie autonomiczną, o specyficznej i bardzo ciekawej kulturze, nawet o charakterystycznej kuchni. Dokładnie taka sytuacja jest w Saksonii – wskazuje.
 
Magiczne zakątki Saksonii Szwajcarskiej 

- Te okolice mają bardzo wiele do zaoferowania, ale dotąd nie były zbytnio promowane. Polacy kojarzą Niemcy głównie z biznesem, dlatego chciałam pokazać ten kraj w trochę inny sposób, zwracając uwagę na jego piękne zakątki – mówi Karolina Weiss.


 Do Saksonii Szwajcarskiej prowadzi droga przez Pirnę – stare średniowieczne miasto leżące nad Łabą, za którym zaczyna się kraina zielonych wzniesień i skalnych tworów. Na jednej z tych skał znajduje się twierdza Königstein. Lista osób zamkniętych w jej lochach na przestrzeni dziejów nie ma końca. Począwszy od europejskiego odkrywcy porcelany Johanna Friedricha Böttgera, którego August II Mocny zamknął w twierdzy, by chronić sekretu alchemika, poprzez wrogów króla, przeciwników politycznych książąt Saksońskich; a skończywszy na polskich i francuskich jeńcach wojennych w czasie II wojny światowej. Z twierdzy rozpościera się urzekający widok na Łabę i malownicze góry; u jej podnóża leży niewielkie miasteczko. Przez te wszystkie lata Königstein stawiała skuteczny opór każdemu najeźdźcy. Wyjątkiem był młody kominiarz, amator wspinaczki, któremu to się udało, ku wielkiemu zdziwieniu straży. Na skalnej platformie o obszarze niemal 10 hektarów mieści się ponad 50 różnych budowli, w których na przestrzeni dziejów żyli żołnierze ze swoimi rodzinami. Zupełnie jak w małym miasteczku. Krew w żyłach gęstnieje, gdy spoglądam w 150-cio metrową otchłań studni w jednym z najważniejszych budynków, zwanym Brunnenhaus. W tutejszym kościele garnizonowym – najstarszym w Saksonii – odbywają również współcześnie niedzielne koncerty organowe. 


W oddalonej o 30 km od Drezna Miśni powstałej w X wieku odwiedzamy słynną manufakturę porcelany. W XVIII wieku w Europie panowała moda na dalekowschodni orient, dlatego August II Mocny w 1710 za pośrednictwem młodego alchemika wyczarował „białe złoto” i powołał do życia miśnieńską wytwórnię. Dotychczas porcelanowy sekret znany był jedynie w Chinach. W pierwszej kolejności kierujemy swe kroki do warsztatów pokazowych, gdzie poznajemy cztery etapy powstawania porcelany. Wszystko wyrabiane jest ręcznie, a tutejsi artyści z zegarmistrzowską precyzją nadają naczyniom odpowiedni kształt, wycinają ozdoby, malują finezyjne wzory. Porcelanowe liście, źdźbła trawy, czy płatki kwiatów obsypujące tutejsze eksponaty dowodzą, jak precyzyjnym i doskonałym zarazem narzędziem pracy są ludzkie ręce. Następnie zwiedzamy największe na świecie muzeum porcelany. Szklane gabloty kryją eksponaty zgromadzone w przeciągu 300 lat. Za szybą jednej z nich widzimy odziane w szlacheckie stroje figurki damy unoszącej dłoń do pocałunku i adorującego ją kawalera, które są aluzją do symbolicznego pokłonu króla przed polską szlachtą. Jednak najznamienitszym dziełem epoki baroku tutejszej manufaktury jest Serwis Łabędzi, który poszukiwany jest głównie przez klientów z Polski. Filiżanka kosztuje jedyne 449 euro. Na drugim piętrze mieści się restauracja, w której można zjeść obiad podawany na miśnieńskiej zastawie, lecz z braku czasu poprzestajemy na kawie w tutejszej kawiarni. Ceny w miśnieńskim sklepie przyprawiają o zawrót głowy. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę zdobiony maleńkimi kwiatami imbryk do herbaty za 45 tys. euro. Wizytę kończy zakup pamiątek i małe espresso na tarasie.
 


Dalsza droga prowadzi nas do Goerlitz – miasta, które z Polską łączy niewielki mostek nieopodal gotyckiej świątyni, drapiącej nieboskłon potężnymi, spiczastymi wieżami. Na górnym rynku uwagę przyciąga wystawa jednego ze sklepów, na której dominuje ceramika… bolesławiecka. Po drodze mijamy knajpki ze stolikami ustawionymi pod gołym niebem i menu oferującym bigos i pierogi. Chwilę później stajemy pod najstarszym renesansowym domem w Saksonii. Pochodzący z początku XVI wieku budynek, zwany jest nie bez powodu „Pięknym Dworem”. Na dolnym rynku rozbrzmiewa muzyka klezmerska, kiedy szukamy miejsca na posiłek w lokalnej restauracji. Talerze nie mieszczą się na stole, a my wychodzimy rozsmakowani i gotowi na powrót do domu. 

Tu kończy się nasza saksońska podróż. Ze wzrokiem wlepionym w okno autokaru patrzę jak żegnają nas potężne białe śmigła wiatraków poustawianych gęsto na horyzoncie. Jeszcze raz zadaję sobie pytanie: po co jechać do Saksonii? Bo łączy nas wspólna granica i blisko tysiąc lat wspólnej historii? Bo jesteśmy sąsiadami, a dobrzy sąsiedzi się odwiedzają? Bo obecnie więcej nas jednoczy niż dzieli i trzeba dać sobie szansę, by poznać się na nowo? A może po prostu dlatego, że z Poznania do Drezna jest tylko 380 km i lada dzień będzie gotowa autostrada prowadząca do samej granicy. To w końcu tylko „rzut beretem”, więc dlaczego nie.

S.R.